Pięć lat temu…

Dziś rano przeczytałam to, co napisałam pięć lat temu… I tak sobie pomyślałam, że… wtedy to był jeden wielki rozdzierający ból. Psychiczny przenosił się na fizyczny.

niepotrzebna…
niekochana…
nierozpoznawalna….
zagubiona w tłumie….
zwraca uwagę nie ten, który powinien….
nie cieszy nic…
brak wspólnych spraw…..
brak tematów do rozmowy…
niechęć dzielenia się….
czymkolwiek….
jakkolwiek….
gdziekolwiek…..

smutno……..

 

Dziś uśmiecham się mimo tego, że marna pogoda, że już nie jestem w stanie założyć sukienki, bo zimno. Dziś potrafię o sobie powiedzieć, że jestem szczęśliwym człowiekiem.

To była długa droga, ale warto było ją przejść, żeby znaleźć się tu i teraz. Z tymi doświadczeniami. Umiejąc wreszcie docenić to co jest. Mam swoją przestrzeń, przyjaciół.

Mniej więcej rok temu zaczęłam wygrzebywać się z takiego wszechogarniającego marazmu. No… trochę więcej niż rok temu. Zaczęłam wtedy biegać, później wróciłam do robienia biżuterii (zajęcia, które kiedyś sobie wyśniłam). Opuściłam wreszcie moją samotnię i wyszłam do ludzi, do moich przyjaciół i znajomych.

Patrzę na moje kłócące się dzieci. Uwielbiam każdą chwilę spędzoną z nimi, nawet gdy marudzą. Mam chyba więcej cierpliwości. 😀

Dziś się do Was wszystkich z wdzięcznością uśmiecham.

DOBRZE, ŻE JESTEŚCIE!!!

 

Ania :*